Grupa naTemat

Prymus w oślej ławce

Przez ostatnie 12 lat jeśli ktoś mówił w Brukseli o Polsce to zwykle dobrze albo bardzo dobrze. Polska zmieniała się niemal na każdym kroku. Szybko zauważono nie tylko nasz wzrost gospodarczy (niezależnie czy w Europie szalał kryzys czy biznes rósł jak na drożdżach) ale także bardzo dobre wyniki związane z wykorzystaniem środków europejskich czy sukces reformy edukacyjnej potwierdzony badaniami niezależnych instytucji międzynarodowych. Do tych sukcesów doszły też sprawy prestiżowe, które przecież w Polsce bardzo lubimy – Jerzy Buzek został pierwszym od czasów upadku żelaznej kurtyny przewodniczącym Parlamentu Europejskiego jako przedstawiciel „nowej Europy” a przed rokiem przewodniczącym Rady Europejskiej został polski premier, Donald Tusk. To tylko potwierdzało naszą dobrą passę. Było zatem dobrze, ale się właśnie skończyło.

Niestety, wiele wskazuje na to, że Polska przejdzie do historii UE nie tyle ze względu na zaskakujący wszystkich sukces gospodarczy czy też jako największy kraj i de facto lider tzw. „nowej Europy”, ale jako pierwszy kraj wobec którego została wszczęta procedura praworządności. Prymus nie tyle został zawstydzony ile po prostu posadzony w oślej ławce.


Tak mocna i jednoznaczna reakcja Komisji Europejskiej zaskoczyła chyba wszystkich, bo jeszcze parę dni temu z Brukseli dało się słyszeć głosy, że będzie to jedynie rutynowy punkt posiedzenia Komisji. Chyba takie samo wrażenie miała premier Szydło, kiedy po dość sprytnym „założeniu trzymania” opozycji w stylu „przecież nie będziecie na forum Unii przeciwko Polsce” stworzono wrażenie, że nawet opozycja poprze rząd w starciu z zewnętrznymi krytykami. Dodatkowo rozmowa z Junkersem w otoczeniu Szydło była odebrana jako sukces, co niemal od razu Premier ogłosiła w specjalnym wystąpieniu. I tu polski rząd zwyczajnie przestrzelił: nie tylko nadinterpretowano sens rozmowy z szefem komisji ale wypaczono wymowę podjętych ustaleń.

Kiedy komisarz Günther Oettinger wręczył komisarzom nie tylko list jaki otrzymał od min. Ziobry ale także okładkę jednego z polskich tygodników, na której ten chadecki polityk i były premier Badenii Wirtembergii ujrzał siebie w hitlerowskim mundurze, wiadomo było, że czara goryczy się przelała. Do tego doszły ataki na wiceprzewodniczącego Timmermansa i nieprzemyślane wypowiedzi czołowych pisowskich polityków wobec całej Komisji (sugerujące, że jest co najwyżej agendą niemieckiego rządu) co wpłynęło na brukselskich polityków na tyle mocno, że nawet Węgier, Timor Navracics, (który kiedyś sam tłumaczył się w Brukseli z węgierskiej ustawy medialnej jaką przygotował na życzenie Orbana) nie bronił PiSu zachowując w dyskusji powściągliwość.

Przy okazji warto ponownie wyjaśnić (zwłaszcza, że prorządowe media za końcowe stanowisko Komisji obwiniają Elżbietę Bieńkowską), że na Kolegium Komisji nie było żadnego głosowania, a polska komisarz przemawiając na końcu debaty przedstawiła znakomite i bardzo propaństwowe z polskiego punktu widzenia stanowisko z kluczowym apelem skierowanym do wszystkich swoich kolegów: „Jako Komisja nie możemy antagonizować Polaków wobec unijnych instytucji”.

Niestety, wszystko co od tej decyzji Komisji będzie się działo na linii Warszawa - Bruksela będzie naznaczone co najwyżej odbudowywaniem utraconej pozycji jaka nasz kraj zdobył przez ostatnia dekadę.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Unia EuropejskaPolskaPolityka międzynarodowaDonald TuskPolityka zagraniczna
Skomentuj