Pamięć, która dzieli…

10 kwietnia zastał mnie na jakimś służbowym wyjeździe za granicą. Kiedy rano rozdzwoniły się telefony i przyszła tragiczna wiadomość zacząłem szukać ‘po kanałach” jakichkolwiek informacji – paradoksalnie pierwszym kanałem jaki nadawał obszerną, niemal bezpośrednią, relację była chyba Rossija24 albo jakiś inny rosyjski kanał informacyjny. Potem w internecie pojawiła się lista uczestników lotu: coraz bardziej znane nazwiska i coraz bliższe mi osoby, choć Bóg oszczędził mi opłakiwania kogoś z kim byłbym rodzinnie czy przyjacielsko związany.

Wieczorem byłem już w Warszawie - morze światła pod Pałacem Prezydenckim, tysiące zapłakanych ludzi pogrążonych w autentycznej żałobie i pytanie dlaczego to wszystko się stało. Pytanie, także i dziś, bez definitywnej odpowiedzi.


Dziś łatwo jest mówić, że wtedy byliśmy zjednoczeni a podzieliła nas późniejsza ocena stanu państwa i jego sprawności. Moim zdaniem jest inaczej: od początku widać było pęknięcie, każdy z kolejnych dni jakie następowały po 10 kwietnia zamiast jednoczyć dzielił coraz bardziej. Niestety, mam wrażenie, że nie tylko środowiska polityczne nie zdały egzaminu ale nawet Kościół nie poradził sobie z tym wydarzeniem. Może nawet w jakimś stopniu to pogłębił godząc się na doklejania kościelnej ornamentyki i sakralizację wszystkiego co było związane z katastrofą i tym co przyszło po niej.

Choć doskonale wiemy, że śmierć faktycznie zrównuje wszystko i wszystkich to przecież już wtedy, sześć lat temu, zaczęło się też coś na kształt „politycznej kanonizacji” niektórych uczestników tragicznego lotu co w konsekwencji doprowadziło do dzielenia ofiar, rodzin i w końcu wszystkich Polaków na tych lepszych i gorszych. W myśl tej logiki ci pierwsi są dobrzy bo wsłuchują się w retorykę PIS i całą tę historię (a czasem wręcz histerię), w której misternie zaplanowane zamachy z łatwością przechodzą w precyzyjnie wskazane wybuchy by w końcu ustąpić miejsca niezidentyfikowanym i niewyjaśnionym zbiegom okoliczności. Ci drudzy jeśli już coś mówią to próbują odwołać się do jakichś mniej lub bardziej bezspornych faktów ale najczęściej wolą milczeć, co zresztą przez druga stronę odbierane jest jako faktyczne przyznanie się do winy.

Jest prawdą, że wszystko co obserwujemy w Polsce dziś, ten wielki spór i te niezasypane podziały są konsekwencją owej walki plemiennej w jakiej nasza polityka trwa od wielu lat, a co po smoleńskiej tragedii przekształciło się w narodową traumę. Traumę tak silną, że nie pozwalającą na myślenie w innych kategoriach niż polityczne a nawet partyjne.
Sama pamięć o tych wydarzeniach nie wystarczy, bo - powiedział to dziś w Gdańsku ks. Adam Boniecki - niestety jest też taki rodzaj pamięci, który dzieli.

I małe są szanse na zmianę tej sytuacji. Niestety.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...