Terlikowski bawi się w przewidywania decyzji Pana Boga

Stare przysłowie głosi, że pycha kroczy przed upadkiem. Mam czasem wrażenie, że co bardziej aktywni uczestnicy debaty światopoglądowej w Polsce grzeszą nie tyle niewiedzą (tę ukrywają często pod populistycznymi i fałszywymi hasłami) czy zła wolą (o to nie chcę nikogo posądzać), ale właśnie pychą. Na dodatek uzurpują sobie prawo do wyrażania opinii już nie tylko swoich środowisk. Mówią, w swoim przekonaniu, najczęściej za cały naród.

Na dodatek, ponieważ są przekonani, że pełna prawda jest tylko po ich stronie, każdy kto ma inne lub nawet tylko trochę inne zdanie, staje się automatycznie ich wrogiem lub co najwyżej pożałowania godnym naiwniakiem.

Odnajduję to zarówno w zapowiedzianej przez lidera Ruchu Własnego Imienia totalnej wojnie światopoglądowej, jak i w ostatnich wypowiedziach Tomka Terlikowskiego, którego wiele poglądów w kwestiach cywilizacyjno-religijnych skądinąd podzielam.

Janusz Palikot wie, że tylko wojna pozwoli mu na nieustanne występy w mediach i żonglowanie pseudonaukowymi hasłami, które – jak każde populistyczne slogany – łatwo znajdują naśladowców i poklask. Nie ukrywa, że antyreligijna karta ma na nowo wprowadzić go na sondażowe podium. Liczy na zwarcie i choćby zwykłą pyskówkę. Przyzwyczaił nas już do tego, że na poważną debatę zwykle czasu i argumentów nie ma. Mam nadzieję, że mało kto się da na to nabrać.

Tomasz Terlikowski próbuje natomiast stworzyć wrażenie, że ponieważ Episkopat milczy, on – niczym biblijne kamienie – musi głośno wołać. Po wczorajszym telewizyjnym występie nie poprzestał na wezwaniach do publicznego i imiennego potępienia Prezydenta RP i posłów PO (notabene warunki takiego potępienia czy ekskomuniki bardzo dokładnie precyzuje Kodeks Prawa Kanonicznego i raczej nie mają one w tym przypadku zastosowania), ale postanowił zabawić się niemal w przewidywania, jak Pan Bóg zachowa się na Sądzie Ostatecznym.

Byłoby to może nawet i śmieszne, gdyby nie rodziło niebezpiecznych konsekwencji. Oczywiście nie brakuje księży i środowisk katolickich zachwyconych takimi radykalnymi argumentami, wszak niektórzy dzięki temu mogą rozgrzeszyć się często z braku swojej aktywności, ale dla reszty sprawa wcale nie jest tak jednoznaczna.

Pewną wskazówką może być choćby powściągliwość Episkopatu (oczywiście popierającego zmiany ustawy zmierzające do większej ochrony życia) wobec debaty, jaką wywołało ostatnie głosowanie posłów. Mam wrażenie, poparte zresztą niejedną rozmową, że biskupi mają świadomość także i tego faktu, że bardzo szybko możemy mieć ustawę napisaną i uchwaloną w zupełnie innym duchu niż obecna. Na dodatek jedną z wielu, które nie będą liczyły się z postulatami katolików. Dlatego tak naprawdę jest dużo słuszności w stwierdzeniu, że więcej zależy od osobistych wyborów ludzi niż obowiązującego prawa.

Wczoraj, kiedy na moim profilu toczyła się dyskusja, jeden z młodych księży przypomniał, że w starożytnym Rzymie chrześcijanie żyjąc w totalnie nieprzychylnym sobie otoczeniu prawnym i cywilizacyjnym dokonali rewolucji moralnej i ostatecznie również ustrojowej właśnie dlatego, że najpierw zmienili swoje osobiste postępowanie.

Coraz częściej wydaje mi się, że dziś zbyt wielu z nas chciałoby przerzucić cała odpowiedzialność za to, jak postępujemy, na państwo i prawo, a to akurat prosta droga do szybkiego zawodu i rozczarowania, niezależnie od tego, kto jest prezydentem i która partia rządzi.

Gdyby niektórzy posłowie, którzy dziś głośno krzyczą i stroją się w szaty jedynych sprawiedliwych, rzeczywiście tak bardzo byli przywiązani do idei ochrony życia, nie musieliby wyrzucać ze swoich szeregów Marka Jurka. Ta okoliczność, choć nie ona jedna, studzi mój zachwyt nad czysto religijną i humanitarną inspiracją ostatnich głosowań w Sejmie.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
KościółPolityka krajowaTomasz TerlikowskiJanusz Palikot
Skomentuj